Może to nie ten batik na Ciebie czeka. Zostaw ślad, a opowiem Ci, gdy odnajdę kolejne historie.
Nie dźwiękiem. Tylko przyciąganiem.
Coś w tobie nagle się odwraca. Nie wiesz czemu. Ale wiesz, dokąd.
Jogjakarta nie była miejscem. Była wspomnieniem. Jak sen, który zapomniał twoje imię — ale pamiętał twoją twarz.
W powietrzu unosił się zapach kadzideł.
Plastikowe krzesła.
Rzeki motorów.
I cisza pomiędzy tym wszystkim.
Nie szukałem niczego. Ale coś na mnie czekało.
Gdzieś w bocznej uliczce, za krzywą bramą, siedział mężczyzna. Malował. Na tkaninie. Na czasie. Na oddechu. Nie podniósł wzroku. Maczał pędzel. Poruszał się jak ktoś, kto robi to od lat. Albo jakby to pędzel poruszał jego.
Zapytałem, co maluje. Odpowiedział jednym słowem.
Nie z uśmiechem. Nie jak do turysty. Po prostu — jakby wiedział.
To znaczy: Nie „wrócić”. Nie „cofnąć się”.
Tylko coś innego. Coś cichszego.
Wracać — do siebie.
Usiadłem obok. Nie rozmawialiśmy. Tylko oddychaliśmy. Gdzieś między tym wszystkim zrozumiałem, że nie jestem już taki sam.
Jakby coś, czego nie wiedziałem, że szukam — nagle stanęło przede mną.
Kupiłem pięć. Ale tylko jeden został ze mną. Reszta nie była dla mnie. One na kogoś czekały.
Przywiozłem je do Polski. Nie po to, by sprzedawać. Po to, żeby przekazać dalej.
To nie jest ubranie. To nie jest projekt.
Że coś w tobie znowu się rusza. Zmienia. Wraca.
Ten batik nazywa się
„Pulang Dalam”
Powrót, który dzieje się po cichu. Pod skórą. Za oczami.